Magiczna noc w Berlinie…

Nostalgiczna podróż pełna wielkich przebojów i wspomnień…

To niezwykłe ile potrafi zdziałać współczesna technika. To ona w pewien sposób wczoraj „naprawiła” to co nie udało się przed kilkudziesięcioma laty. To dzięki niej Elvis Presley wystąpił na żywo przed wypełnioną po brzegi nowoczesną, elegancką Mercedes Benz Arena w Berlinie.
Za sprawą multimedialnego widowiska „Elvis In Concert” król rock’n’rolla ruszył w swoją kolejną trasę koncertową (i jak zawsze za swojego życia wyprzedaną). Tym razem po Europie, do której nigdy za życia nie dotarł choć jak wielokrotnie zapewniali jego współpracownicy zawsze chciał przyjechać.
Tournee promowało ostatnie albumy króla z Memphis – „If I Can Dream” oraz „The Wonder Of You” zarejestrowane z towarzyszeniem Królewskiej Orkiestry Filharmonicznej.
Show w Berlinie był drugim przystankiem na trasie europejskiego tournee i jednocześnie pierwszym koncertem Elvisa Presley’a, który miał miejsce tak blisko naszego państwa…
Ale po kolei. Niewielka (stosunkowo) odległość od granic Polski nie przeszkodziła w tym by… na ten wyjątkowy koncert przybyć… spóźnionym. Niestety. Warunki na polskich drogach, nieustanne korki na autostradach, ciągłe remonty dróg, liczne objazdy i częściowo złe zarządzanie polskimi prywatnymi przedsiębiorstwami komunikacyjnymi, którymi miałem „przyjemność” się poruszać sprawiły, że do Berlina zamiast na planowaną godzinę 18:00 dotarliśmy (wraz z moją dziewczyną Klaudią) na… 19:15.
W hali Mercedes Benz Arena udało nam się pojawić dopiero ok.godziny 20:25, w chwili gdy Elvis zaczynał śpiewać „Just Pretend”.
I… wystarczyła chwila by wszystkie negatywne emocje odeszły daleko w niepamięć (choć ręce drżały mi jeszcze długą chwilę i „za kamerą” musiała stanąć Klaudia). Głos Elvisa wypełniał potężną salę. Dźwięki Czeskiej Narodowej Orkiestry Symfonicznej wypełniały każdą jej część tworząc wyjątkowy nastrój. Udało się. Byłem na koncercie.

Tuż po „Just Pretend” rozległy się znajome dźwięki „You’ve Lost That Lovin’ Feelin'”. Na początku chwila zawahania. Słuchać? Chłonąć? Przeżywać? Czy włączyć nagrywanie w telefonie by uwiecznić to niezwykłe wykonanie. W połowie utworu zdecydowałem się wcisnąć przycisk nagrywania.
Chwilę po tym utworze na scenę wyszła Priscilla Presley – gospodyni tego wieczoru i jednocześnie prowadząca ten wyjątkowy koncert. W swoim krótkim wystąpieniu wspomniała koncerty Elvisa w Las Vegas, opowiedziała o jego wyjątkowym poczuciu humoru i… zapowiedziała trzy kolejne utwory – „Don’t”, „It’s Now Or Never” oraz „Can’t Help Falling In Love”. Wspominając każdą z tych piosenek przybliżała krótką ich historię i swoje osobiste wspomnienia z nimi związane.

Po berlińskim występie w mediach społecznościowych rozgorzała dyskusja wśród fanów Elvisa Presley’a na temat udziału Priscilli w trasie oraz samym koncercie. Zagorzali fani a także osoby nie uważające się za wielbicieli Presley’a uważały, że była żona nie powinna brać udziału w tym wydarzeniu. Przecież rozwiodła się z Elvisem… Zostawiła go… Ja osobiście uważam jednak, że gdyby nie Priscilla właśnie (bo nie nam oceniać kto winny był rozpadu małżeństwa skoro nikt z nas nie znał ani Elvisa ani Priscilli osobiście) to ani tego koncertu by nie było ani płyt „If I Can Dream” oraz „The Wonder Of You” by nie było oraz wielu wielu rzeczy by nie było… Być może (podkreślam, być może) dbając o własne interesy, wdowa po Presley’u doskonale dba też o to by pamięć o Elvisie była wiecznie żywa wśród kolejnych pokoleń.
Z innej strony też ile złego mówi się o członkach Mafii z Memphis czy niektórych przyjaciołach Elvisa a pomimo to… ich wspomnienia z czasu spędzonego u boku słynnego artysty wciąż chłoniemy niczym przysłowiowe gąbki… Bo kogo słuchać jeśli nie (z każdym dniem niestety coraz mniej licznych) świadków tamtych wspaniałych chwil i wydarzeń…?

Ale zostawiając te rozmyślania daleko na boku… Pod względem artystycznym show dopracowany był w najdrobniejszym szczególe. Lista utworów była dokładnie przemyślana i stanowiła przekrój przez fenomenalną karierę Elvisa Presley’a. Osoby, które podobnie jak ja, miały przyjemność uczestniczyć przed kilkoma laty w projekcie „Elvis The Concert” (z udziałem członków oryginalnego zespołu Elvisa) mogły dopatrywać się pewnych cech wspólnych – był duży ekran ustawiony w centralnej części sceny a na nim bardzo dobrze skadrowany Elvis z występów w Las Vegas z 1970 roku, ze słynnego koncertu „Aloha From Hawaii” ze stycznia 1973 roku a także z fenomenalnego „NBC TV Special” z 1968 roku. Podobnie jak przy poprzednim projekcie wokal Elvisa został wyodrębniony a towarzyszyła mu obchodząca w tym roku 24. rocznicę istnienia, grająca na scenie ‚na żywo’ Czeska Narodowa Orkiestra Symfoniczna, która doskonale odnalazła się w twórczości króla rock’n’rolla (choć w bardzo nielicznych przypadkach odniosłem wrażenie, że muzycy nie mogą „zgrać” się z głosem Elvisa. Ale to niuanse, które w całej magicznej atmosferze tego wieczoru były praktycznie nie do uchwycenia i w żaden sposób nie przeszkodziły w odbiorze całości).

Tym razem jednak repertuar był nieco inny. Nie była to typowa koncertowa setlista a nostalgiczna podróż przez ulubione utwory byłej żony Elvisa Presley’a, jego największe przeboje (sporadycznie z powodu braku materiału wideo okraszone jedynie dużym zdjęciem w tle) i najważniejsze koncertowe wykonania. Wciąż jednak miało się wrażenie, że uczestniczy się w prawdziwym koncercie, prawdziwego, żyjącego artysty, który po każdej wykonanej piosence rzucał do zachwyconej publiczności – „thank You, thank You very much”.
O atmosferze prawdziwego show nie pozwalała zapomnieć także cudowna widownia – kilka tysięcy osób z Niemiec, Polski, Czech i Holandii, które w trakcie nastrojowej „Memories” sprawiły, że hala Mercedes Benz Arena rozbłysła setkami światełek a przy „Suspicious Minds” porwało się z miejsc siedzących i ruszyło do tańca (nawet ja usiedziałem jedynie dwie pierwsze linijki pierwszej zwrotki).

Moją osobistą uwagę zwróciły też pojawiające się bocznych ekranach wizualizacje oraz archiwalne materiały wideo. Na poniedziałkowym koncercie, jako tło do piosenek z lat 70-tych, obok dobrze znanych fragmentów z programów telewizyjnych takich jak „Ed Sullivan Show” czy „Milton Berle Show”, można było zobaczyć m.in bardzo dobrej jakości, amatorskie nagrania z występów Elvisa z lat 1972-1974! Czyżby tym samym Graceland zdecydował się po raz kolejny odsłonić rąbka swoich archiwów?

Koncert w Berlinie zakończył się ok. godziny 22:00. I jak powiedział mi kiedyś Todd Slaughter, prezes brytyjskiego fanklubu Elvisa – „…zawsze spotykam się z takim wyjątkowym uczuciem, które łączy wszystkich fanów Elvisa i to jest coś nadzwyczajnego„. Wychodząc z sali usłyszeliśmy – „a wy dokąd?„. I zobaczyliśmy wciąż uśmiechniętą i wciąż podekscytowaną zakończonym przed kilkunastoma minutami koncertem naszą czytelniczkę, Monikę Jaworską. A później okazało się, że nas, fanów z Polski, jest jeszcze więcej. Był Marcin Życzyński z córką, Violetta i Sławomir Kurzaj i wielu innych.
I były wspólne zdjęcia z członkami niemieckiego fanklubu Elvis Team Berlin Insider i jego prezesem Torstenem Strutzke. I choć wszystko trwało tak krótko. I choć wszystko działo się tak szybko… bo późno, bo zmęczenie, bo ostatnie metro odjeżdżające w kierunku hotelu… chwile te na długo pozostaną w mojej i Klaudii pamięci.

Tego magicznego wieczora, 15 maja 2017 roku, Elvis Presley i jego muzyka zupełnie niczym w latach siedemdziesiątych ponownie połączył pokolenia (bo średnia wieku na sali widowiskowej wahała się od 20 do 99 lat) i ludzi z wielu wielu państw. I chyba to właśnie sprawia, że Elvis Presley, pomimo czterdziestu lat od swojej śmierci, jest wciąż „człowiekiem, którego nigdy nie zapomnimy”.

„THE WONDER OF YOU” – ELVIS WITH THE CZECH NATIONAL SYMPHONY ORCHESTRA (BERLIN, 15 MAJA 2017. OK.21 min)

(Info: Mariusz Ogiegło/Elvis Promised Land/YouTube)

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *