„ELVIS” powrócił, czyli kilka słów o filmie Baza Luhrmanna

ELVIS POWRÓCIŁ!
– wielki ekranowy comeback króla rock’n’rolla –

Mariusz Ogiegło

 Postać Elvisa przeżywa obecnie renesans i jego gwiazda znów świeci mocnym blaskiem„, napisał kilka dni temu w mediach społecznościowych jeden z wielbicieli Presleya. Miał rację i wygląda na to, że za sprawą wyświetlanego z niebywałym sukcesem od kilku dni filmu Baza Luhrmanna będzie błyszczeć jeszcze bardzo długo.

„Jest pan gotowy by latać?”

Przede wszystkim, przed pójściem do kina na „ELVISA” warto poświęcić przynajmniej jeden lub dwa wieczory na przypomnienie sobie któregoś (a najlepiej wszystkich) z poprzednich wielkich dzieł Luhrmanna – „jednego z najbardziej ekstrawaganckich indywidualistów w historii popkultury„. A jest w czym wybierać. „Romeo i Julia”, „Moulin Rouge” czy „Wielki Gatsby”. To tylko niektóre tytuły, które nie tylko uprzyjemnią wam czas ale przede wszystkim pozwolą zrozumieć jakim reżyserem jest Luhrmann i jakiego rodzaju filmu należy się spodziewać rozsiadając się wygodnie w fotelu.

Fotelu, który bez dwóch zdań powinien być zaopatrzony w pasy bezpieczeństwa ponieważ już w pierwszych minutach filmowej biografii legendarnego króla rock’n’rolla widz zostaje dosłownie wciągnięty w karuzelę – ba, w istny rolelercoster zdarzeń, który zaczyna pędzić w zawrotnym tempie – zupełnie jak kariera samego Elvisa od połowy lat pięćdziesiątych. I nie zwalnia ani na moment przez kolejnych sto sześćdziesiąt minut. Aż do wielkiego, majestatycznego, przejmującego ale i tragicznego finału, który wyciśnie niejedną łzę nawet z największego twardziela….

Ale tego musicie już doświadczyć osobiście.

Wyjeżdżając w niedzielne popołudnie na seans do Planet Cinema Oświęcim obiecałem sobie, że nie będę patrzył na najnowsze dzieło australijskiego reżysera okiem fana (choć ciężko jest się od tego tak zupełnie odciąć), który przebrnął już do tej pory przez co najmniej kilka książek na temat Presleya i obejrzał dziesiątki dokumentów jemu poświęconych, lecz zwyczajnie dam się porwać historii opowiedzianej na ekranie.

Historii największej ikony muzyki rozrywkowej XX wieku widzianej oczyma… jego menedżera, równie legendarnego Pułkownika Toma Parkera. Jednej z najbardziej kontrowersyjnych postaci w amerykańskim showbiznesie. Człowieka, o którym śmiało można by dzisiaj powiedzieć, że jednocześnie stworzył… i zabił Elvisa Presleya (choć i w tej ostatniej kwestii twórcy filmu stawiają z goła odmienną tezę).

Luhrmann mógł zekranizować wspomnienia któregokolwiek z przyjaciół, współpracowników czy członków rodziny Presleya. Jednak fakt, że narratorem swojej opowieści zdecydował się uczynić właśnie Parkera świadczy o jego niebywałej odwadze a widzowi już na wstępie daje do zrozumienia, że „ELVIS” będzie filmem niebanalnym i dalece odmiennym od większości dotychczasowych filmowych biografii.

O tym ostatnim przekonujemy się z resztą już niedługo po wygaśnięciu napisów początkowych kiedy dosłownie w jednej chwili z Las Vegas, ze szpitalnego łóżka schorowany i targany sennymi koszmarami Pułkownik Parker, zabiera nas w niezwykłą muzyczną podróż do dnia w którym po raz pierwszy usłyszał Elvisa.

Chodzę kochana bo cienkiej linie. Ciemne cienie mnie śledzą. To właśnie tu sny stają się tak prawdziwe. Na skraju rzeczywistości„. I niczym w piosence („Edge Of Reality”), wykorzystując charakterystyczne dla siebie triki (przejścia, zbliżenia, retrospekcje) Luhrmann przenosi widza do świata iluzji. Świata magii, w którym teraźniejszość miesza się z przeszłością a prawda z fikcją. W końcu świata, którego podświadomie każdy z nas chce być częścią i w którym chce się znaleźć. Dlatego każdy kto tylko kupił bilet na to widowisko już od pierwszych jego chwil przestaje być jedynie biernym, zajadającym popcorn i popijającym coca-colę (dynamika filmu jest z resztą tak duża, że nie ma na to zwyczajnie czasu) obserwatorem lecz staje się aktywnym uczestnikiem rozgrywających się na ekranie wydarzeń.

Tak. Bo trzeba to sobie wyjaśnić od razu. Baz Luhrmann nie robi filmu. On tworzy show. Od pierwszej do ostatniej minuty. Dlatego też każdy kto po „ELVISIE” spodziewał się trzymającej się faktów, typowej biograficznej opowieści, wyjdzie z kina rozczarowany i w skali od jeden do dziesięć nie da mu więcej niż pięć. W tym wypadku bowiem słowo biografia w ogóle wydaje się być nie na miejscu. Właściwszym zaś wydaje się określenie… filmowa opowieść o życiu Elvisa Presleya.

To tak naprawdę nie jest film biograficzny„, przyznał z resztą przed kilkoma tygodniami sam jego twórca. „Dla mnie to film o Ameryce lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. A jeśli chcesz rozmawiać o Ameryce tamtego okresu to w samym jej centrum znajduje się Elvis„.

I jakby na potwierdzenie tych słów Luhrmann ukazuje losy tytułowego bohatera na tle kluczowych dla USA momentów. Mamy tu wszystko. Dosłownie. Problematykę związaną z segregacją rasową, łamanie barier obyczajowych, cenzurę poprzez beatlemanię aż do morderstwa Dr. Martina Luthera Kinga i postrzelenia senatora Kennedy’ego.

A wszystko to skomentowane lub zilustrowane muzyką Elvisa. Dużą ilością muzyki. Niebanalnej i nieoczywistej. Jak całym film. Ścieżka dźwiękowa nie opiera się na pierwszej z brzegu kompilacji złotych przebojów króla ale pieści uszy widza takimi wykonaniami Elvisa jak „Power Of My Love” czy „Edge Of Reality”, które płynnie przenikają się ze współczesnymi nagraniami takich gwiazd jak Doja Cat, Eminem czy Chriss Issak.

Pamiętam jak przed wyjściem do kina oburzałem się, że twórcy filmu mając tyle czasu na przygotowanie i dostęp do takich materiałów o których ja jako przeciętny fan mogę tylko pomarzyć dopuścili się tak oczywistego błędu i na finał koncertu z 1956 roku kazali Elvisowi zaśpiewać „Trouble”. A dzisiaj? Teraz? Nie wyobrażam sobie tej sceny z innym utworem! Nawet jeśli jest on zupełnie niezgodny z rzeczywistością.

Jeśli szukasz kłopotów jesteś we właściwym miejscu […] bo ja jestem zły„.

Więcej. Zaryzykuję, że Luhrmann robi to celowo. Świadomie podkręca niektóre sceny. Wzmacnia ich brzmienie. Atakuje widza nie tylko szybkimi ujęciami, nagłymi retrospektywami czy nawet animacjami, które ani na moment nie pozwalają odwrócić wzroku od ekranu ale przede wszystkim zarzuca go całą serią kontrastów, które pozwalają zrozumieć na czym w danej chwili polegał fenomen Elvisa.

W jednej chwili sprawia, że jesteśmy bowiem świadkami występu Hanka Snowa, który usypia widownię swoją countrową wersją „Your Cheatin’ Heart” by w tej samej minucie znaleźć się w samym centrum oszalałego, rozhisteryzowanego tłumu nastolatek rzucających bieliznę w kierunku kręcącego biodrami Presleya.

Dla mnie osobiście swoistym majstersztykiem było natomiast ukazanie Elvis wykonującego dramtyczną balladę „If I Can Dream” ze wzrokiem wbitym w bajecznie kiczowatą gwiazdkową dekorację – pozostałość po szczęśliwie obalonej wizji Parkera na program stacji NBC z 1968 roku.

Nie chcę nawet wierzyć, że reżyser pokroju Baza Luhrmanna nie wiedział jak było naprawdę ale ukazanie tego w taki właśnie sposób podziałało na wyobraźnię widzów jak nigdy! Unaoczniło gigantyczną przepaść jaka dzieliła śmiałą wizję Steve’a Bindera i pragnienia przytłoczonego występami w hollywoodzkich filmach Elvisa od staroświeckich metod Parkera i braku jakichkolwiek jego pomysłów na poprowadzenie dalszej kariery swojego sławnego klienta.

„Ja już nie mam marzeń…”

„ELVIS” Baza Luhrmanna to nie tylko wielobarwne show. To również bajkowa, pełna kolorów opowieść, w której na naszych oczach spełnia się amerykański sen. Człowiek z nikąd wzbija się na wyżyny popularności. Poniżany i wyśmiewany przez rówieśników z uwagi na swój wygląd i sposób ubierania Elvis staje się bożyszczem tłumów. Zarabia gigantyczne pieniądze, kupuje wspaniały dom i wymarzonego Cadillaca dla swojej matki. Idolem, którego sposób śpiewania staje się inspiracją dla całych pokoleń przyszłych muzyków. Ikoną, której zachowanie sceniczne, stroje estradowe i sposób bycia będą kopiowane przez ludzi na całym świecie.

Niestety, jak w każdej bajce pojawia sie też czarny charakter, który miesza w życiu głównego bohatera. W tym filmie jest nim ewidentnie Pułkownik Parker, który na początku wspólnej drogi rozstacza przed Elvisem wizję świetlanej przyszłości (w tak bliskiej temu pierwszemu scenerii wesołego miasteczka) a później (ba, „Jest pan dla mnie jak ojciec„, usłyszymy nawet w jednej ze scen z ust piosenkarza), w miarę upływu czasu, skutecznie podcina mu skrzydła i pozbawia go marzeń. Aż do momentu, w którym usłyszymy od samego Presleya – „ja już nie mam marzeń„.

A jak powie Ryszard Riedel (mistrzowsko zagrany przez Tomasza Kota) w filmie „Skazany na Bluesa”, „człowiek, który przestaje marzyć umiera„.

Bajka Luhrmanna nie ma happy endu. Zły duch nie zostaje pokonany przez królewicza w lśniącej zbroi. W tej bajce jest dokładnie odwrotnie. To właśnie dobry król, odziany w piękne, zachwycające przepychem, błyszczące kostiumy, pada ofiarą złowieszczego demona. Demona o nazwisku Tom Parker.

„ELVIS” Baza Luhrmanna bez skrupułów obnaża świat wielkiego showbiznesu i pokazuje jak wielką, niszczycielską bronią potrafi być manipulacja. Do czego, do jak wielkiej tragedii, mogą doprowadzić działania ludzi, którzy na pierwszym miejscu stawiają własne interesy.

Myślę, że ten film powinno się obowiązkowo wyświetlać w formie przestrogi wszystkim kandydatom marzącym o wielkiej karierze i aspirującym do miana przyszłej gwiazdy w różnego rodzaju talent show.

I choć w zasadzie scenariusz filmu nie pozostawia miejsca na jakiekolwiek „ale” i jednoznacznie oskarża o tragiczny koniec Elvisa Pułkownika Parkera to jednak w chwili pojawienia się napisów końcowych Luhrmann daje widzowi moment na refleksję i zwraca się do niego słowami samego Presleya: „Nigdy nie chodziłeś w butach tego człowieka i nie widziałeś wielu rzeczy jego oczami…„.

Warto więc wziąć te słowa pod uwagę zanim wyda się ostateczny sąd na temat któregokolwiek z bohaterów tej historii. Nie tylko słynnego Colonela…

Rola życia

Kupując bilet na „ELVISA” liczyłem, że na ekranie doświadczę choć części magii wielkiego Baza Luhrmanna, której dałem się porwać oglądając „Moulin Rouge” czy mojego ukochanego „Wielkiego Gatsby’ego” (obejrzałem ten film co najmniej kilka razy i pewnie jeszcze nie raz do niego wrócę). I nie zawiodłem się.

Jedyną rzeczą, której naprawdę się obawiałem była gra aktorska. Nie ukrywam, że mam olbrzymi dystans do tego typu fabularyzowanych biografii Presleya. A po obejrzeniu katastrofalnego dla mnie mini serialu „Elvis. Zanim został królem”, w którym Jonathan Rhys Meyers sparodiował do granic przyzwoitości mojego idola, a później w wywiadach wygadywał na jego temat jakieś absolutne brednie, unikam ich jak ognia.

Z tego też powodu z olbrzymią dozą ostrożności podchodziłem do mającego wcielić się w Elvisa, Austina Butlera.

Aktor, znany dotąd jedynie z epizodycznych ról w raczej przeciętnych serialach, musiał stawić czoła prawdziwej legendzie. I, ku mojemu zaskoczeniu, z całą odpowiedzialnością muszę napisać, że poradził sobie z powierzonym mu zadaniem absolutnie rewelacyjnie.

Miesiące a nawet całe lata przygotowań, studiowanie każdego dostępnego materiału wideo, analizowanie różnych detali i niuansów nie poszły na marne. Butler nie gra Elvisa. On momentami się nim staje. Mówi z tym samym akcentem, chodzi podobnie jak on, wykonuje te same gesty, nie przekraczając przy tym bardzo cienkiej granicy bezmyślnego naśladownictwa czy parodii.

Córka Elvisa, Lisa Marie Presley, po obejrzeniu filmu Luhrmanna stwierdziła, że jeśli Butler za rolę jej ojca nie otrzyma Oscara to ona zje własną stopę. Cóż, wierzę, że Lisa nie będzie musiała tego robić a statuetka powędruje do Austina bo w pełni na nią zasłużył.

Mógłbym teraz, w tym swoim przydługim wywodzie, rozwodzić się jeszcze nad grą Toma Hanksa ale jest ona po prostu świetna (jak to w przypadku Hanksa). Czy trzeba zatem dodawać coś więcej?

Najbardziej wyczekiwany film roku

Czy zatem warto pójść do kina na „ELVISA”. Oczywiście. Bo choć film nie zgłębia prywatnej strony Elvisa, pomija wiele ważnych aspektów jego życia, by wspomnieć chociażby jego legendarną dobroczynność i nie jest wolny od błędów, czy raczej świadomych przekłamań sprowokowanych przez reżysera dla wzmocnienia akcji, to sprawia, że na blisko trzy godziny trafiamy do zupełnie innego, pięknego świata. Świata miłości, wolności, marzeń i przede wszystkim ponadczasowej muzyki, która łączy ludzi.

Muzyki, która w latach pięćdziesiątych przyczyniła się do upadku podziałów na tle rasowym a dzisiaj łączy pokolenia i ludzi na całym świecie.

Wychodząc z kina napisałem na swoim profilu w mediach społecznościowych, że w skali od jeden do dziesięć oceniam film na solidne osiem. I podtrzymuję tą ocenę.

Bo choć wewnętrzny głos fana podpowiada – „Mariusz, a te wszystkie błędy w fabule?„, „a brak fizycznego podobieństwa głównego bohatera do Elvisa?” i każe dać zaledwie mocne siedem i pół to emocje, których doświadczyłem w sali kinowej skutecznie go zagłuszają.

Elvis powrócił. Film Luhrmanna zapewnił piosenkarzowi comeback w wielkim stylu i chyba to jest teraz ważne. Cieszmy się chwilą!

2 komentarze

Odpowiedz na „MagdaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *