EPiC – wielki powrót króla w EPiCkim dziele Baza Luhrmana
Elvis Presley powraca na duży ekran w epickim dziele Baza Luhrmana
„Gdybym wcześniej nim nie był, to po obejrzeniu tego filmu został największym i najwierniejszym fanem Elvisa Presleya, a pierwszą rzeczą którą zrobiłbym od razu po wyjściu z kina, byłby zakup wszystkich jego płyt„
Mariusz Ogiegło
Rozmawiając przed laty z Toddem Slaughterem, prezesem brytyjskiego fanklubu Elvisa Presleya, który w latach siedemdziesiątych aż trzykrotnie spotkał się ze swoim idolem, usłyszałem od niego, że podczas zakulisowych spotkań „Elvis zawsze starał się odpowiadać na wszystkie pytania fanów. Zawszy był naturalny. Nigdy jednak przed nikim nie otwierał się do końca. Wydaje mi się, że czegoś się obawiał, o czymś zawsze bał się mówić. Nie zdradzał swoich uczuć ani szczegółów życia prywatnego„.
O tym wszystkim za Elvisa najczęściej mówili jego bliscy – rodzina, przyjaciele, współpracownicy i fani, którzy spotykali się z nim na różnych etapach jego kariery – stając się, szczególnie tuż po jego śmierci, niezwykle cennym, ale też nierzadko jedynym źródłem informacji na temat legendarnego piosenkarza.
A przynajmniej tak było jeszcze do dzisiejszego wieczora, kiedy to za sprawą najnowszego filmu Baza Luhrmanna „EPiC”, który właśnie wszedł na ekrany polskich kin, mogliśmy poznać historię jednego z najważniejszych artystów solowych XX wieku opowiedzianą jego własnymi słowami. Tak! Bo w swoim najnowszym dziele, australijski reżyser – twórca takich obrazów jak „Romeo i Julia”, „Moulin Rouge” czy obsypany nagrodami „Elvis” z 2022 roku – oddaje głos samemu Presleyowi. „Wiele o mnie napisano i powiedziano, ale to nigdy nie była moja wersja tej historii„, powie Elvis.
Stało się to możliwe dzięki odkryciu przez Luhrmanna i jego ludzi pełnej, blisko czterdziestominutowej wersji wywiadu ze słynnym piosenkarzem, który wiosną 1972 roku został zarejestrowany przez MGM na potrzeby dokumentu „Elvis On Tour”. W jego trakcie, wyczerpany wielogodzinnymi próbami Presley, dzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat swojego dzieciństwa, własnej kariery, kulisów powstawania koncertów, współpracy z muzykami ale również ulubionych artystów oraz gatunków muzyki, które wywarły wpływ na jego artystyczne życie. Z niezwykłą szczerością (i goryczą w głosie) wypowiada się też na temat swojej kariery filmowej. „Myślałem, że spróbują znaleźć dla mnie jakiś nowy materiał albo dadzą mi szansę zaprezentowania umiejętności aktorskich lub zrobienia naprawdę interesującej historii„, powie rozczarowany. „Ale nic się nie zmieniało. Nie było takiej sumy pieniędzy, która byłyby mnie w stanie do nich przekonać. I wtedy – wtedy poczułem się naprawdę zniechęcony„.
Luhrmann wykorzystuje powyższą rozmowę (oraz kilka innych archiwalnych wypowiedzi Presleya, w tym m.in fragmenty konferencji prasowej z Nowego Jorku z 1972 roku i Houston Astrodme z 1970 roku) niczym fundament, na którym buduje niezwykły, intymny obraz Elvisa Presleya – człowieka i artysty przepełnionego pasją do muzyki i bezgranicznym wręcz oddaniem swoim fanom. Bo jak powiedział mi kilka lat temu Terry Blackwood z grupy The Imperials (którego również można zobaczyć w filmie), „Elvis był pasjonatem swojej muzyki i perfekcjonistą jednocześnie„.
Z resztą pasję i zaangażowanie Presleya w tworzenie muzyki czuć w tym filmie dosłownie w każdej minucie. Od otwierającego obraz „An American Trilogy” aż po majestatyczne wykonanie „How Great Thou Art”, jednej z ukochanych pieśni gospel Elvisa.
Bo „EPiC” to coś więcej niż film. To coś więcej niż dokument. To nie jest nawet klasyczny film koncertowy. „EPiC” to istny rolercoster wrażeń i emocji. To absolutnie trudne do opisania słowami doświadczenie przebywania z Elvisem w jednym pomieszczeniu – uczestniczenia w jego próbach, przysłuchiwania się zakulisowym rozmowom z przyjaciółmi a w reszcie bycia częścią jego koncertów. Elvis jeszcze NIGDY nie był tak blisko (kiedy w jednej scenie widzisz go witającego się z członkami swojej grupy, masz wrażenie, że za moment uściśnie także Twoją dłoń)!
Baz Luhrmann, dzięki swojemu charakterystycznemu, dynamicznemu montażowi i bliskim ujęciom, po raz kolejny wciąga widza w sam środek filmowego widowiska! Sprawia, że widzowie siedzący w kinie w jednym momencie czują się częścią zespołu Presleya, pogrążonego w absolutnej ciszy i skupieniu, wsłuchanego w wykonywaną przez niego przy pianinie balladę – by za moment stać się częścią rozszalałej publiczności w hotelu International i wraz z nią żywiołowo reagować na rzucane przez artystę powłuczyste spojrzenia, szelmowski uśmiech oraz jego słynne ruchy biodrami (i nie tylko).

I wierzcie mi – wiem, o czym piszę. Siedząc dzisiaj w kinie, sam widziałem i słyszałem kobiety i dziewczyny, które na widok Elvisa reagowały niemal w identyczny sposób jak te na ekranie!
Jeśli więc zdarzyło się Wam kiedykolwiek przeczytać lub usłyszeć, że w latach siedemdziesiątych Elvis Presley był już tylko „cieniem samego siebie” lub też „starzejącym się artystą z olbrzymią nadwagą” to koniecznie musicie zobaczyć ten film! „EPiC” zadaje kłam tym wszystkim powtarzanym przez lata opiniom i pokazuje Elvisa w jednym z najbardziej imponujących momentów jego kariery – w szczytowej formie, zarówno fizycznej, jak i wokalnej. Luhrmann ukazuje widzom Elvisa – artystę pełnego energii, poczucia humoru, scenicznej charyzmy i głosu, który brzmi potężnie, pewnie i dojrzale. Szczególnie w takich utworach jak „Bridge Over Troubled Water”, „I Can’t Stop Loving You” czy wspomnianym wyżej „How Great Thou Art”.
Kiedy jakiś czas temu zapytałem Larry’ego Gellera – przyjaciela, powiernika i osobistego fryzjera Elvisa – dlaczego ludzie na całym świecie wciąż kochają Elvisa, odpowiedział: „Naprawdę uważam, że najlepszą odpowiedzią na to pytanie jest po prostu słuchanie jego muzyki, jego głosu. Poczuj co starał się w niej przekazać a będziesz w stanie zrozumieć i połączyć się z tym kim Elvis był jako osoba. Wszystko jest w jego muzyce. To jest najlepszy komunikator. To jest to w czym tkwi jego magia a jego (Elvisa, przyp. autor) wewnętrzne ja ujawnia się w niej jak u żadnego innego wokalisty w historii„.
I być może dlatego właśnie w „EPiC” otrzymujemy aż tyle muzyki Presleya. Trwający zaledwie dziewięćdziesiąt sześć minut film wypełnia bowiem ponad trzydzieści sześć utworów! (W większości zaprezentowanych tylko we fragmentach). Przekrój przez najważniejsze i najbardziej epickie wykonania w całej karierze Presleya. Od jego największych przebojów z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych – na nowo zinterpretowanych i zaaranżowanych przez zespół TCB Band oraz towarzyszące mu grupy wokalne – takie jak: „Hound Dog”, „(Now And Then) There’s A Fool Such As I”, „I Was The One”, „Are You Lonesome Tonight?” czy „Such A Night”, aż po ulubione wykonania fanów artysty z lat siedemdziesiątych – „Suspicious Minds”, „Polk Salad Annie”, „You’ve Lost That Lovin’ Feelin'”, „Mystery Train/Tiger Man”, „Little Sister/Get Back” czy „Burning Love”.

Powiedzieć, że każda z tych piosenek brzmi doskonale to jak nic nie powiedzieć, bo dźwięk w tym filmie jest po prostu zachwycający! Widz słyszy nie tylko dobiegającą z ekranu muzykę ale także każdy detal – każdy oddech Elvisa a nawet brzęk biżuteri na jego rękach!
W wywiadzie dla POVMagazine, Jonathan Redmond – montażysta i producent wykonawczy filmu wyjaśniał, że materiał audio w „EPiC” został oparty na oryginalnych nagraniach Presleya pochodzących z archiwów Sony Music. Z kolei w serwisie Noise11.com zauważono, że „Luhrmann i jego zespół spędzili niemal dwa lata na rekonstrukcji i synchronizacji materiału, korzystając z oryginalnych nagrań z 1970 roku. Elementy takie jak wokal Elvisa, instrumenty, orchestracje były nagrywane osobno i pochodziły z archiwalnych taśm magnetycznych. Niektóre z nich były uszkodzone lub rozproszone w archiwach, więc audio zostało odizolowane, wyczyszczone i zbalansowane za pomocą współczesnych narzędzi restauracji, tak by zachować wierność oryginalnemu brzmieniu i jednocześnie przywrócić energię i dynamikę występu„.
OK. Część fanów i słuchaczy obeznanych ze studyjnymi i koncertowymi zapisami króla, może poczuć pewien dyskomfort. A wszystko przez ingerencję w historyczne nagrania Presleya. W niektórych sekwencjach zamiast oryginalnych nagrań, twórcy filmu wykorzystali bowiem współczesne mixy i remixy utworów Elvisa – jak choćby w przypadku „In The Ghetto”, „Always On My Mind”, które wypada zdecydowanie najsłabiej ze wszystkich, szczególnie w ujęciach ze studia, gdzie nowa aranżacja zupełnie rozmija się z obrazem czy „Burning Love”, które z jakiegoś powodu użyto wersji symfonicznej z Royal Philharmonic Orchestra – oraz tzw. mashupy.
Choć trzeba przyznać, że nawet one w połączeniu z bajecznie odrestaurowanymi przez ekipę Petera Jacksona (pracował m.in przy dokumencie „Get Back” Beatlesów) – w większości nigdy wcześniej niepublikowanymi – kadrami z filmów „That’s The Way It Is” czy „Elvis On Tour” (ekipa Luhrmanna dotarła do pięćdziesięciu dziewięciu godzin materiałów filmowych), tworzą niezwykłą, epicką całość.
Reasumując, „EPiC” to film – niezwykłe, epickie (celowo nadużywam tego słowa) widowisko, które po prostu trzeba zobaczyć. Bez względu na to czy jesteś zagorzałym fanem Elvisa Presleya i jego twórczości czy też nie. Bo „EPiC” to trwająca dziewięćdziesiąt sześć minut odpowiedź na odwieczne pytanie – na czym polegał fenomen króla rock’n’rolla? Człowieka, który w połowie lat pięćdziesiątych XX wieku wywrócił cały muzyczny świat do góry nogami, zapoczątkowując niespotykaną dotąd rewolucję społeczno-kulturową.
I tak! Gdybym wcześniej nim nie był, to po obejrzeniu tego filmu na pewno zostałbym największym i najwierniejszym fanem Elvisa Presleya, a pierwszą rzeczą jaką zrobiłbym od razu po wyjściu z kina, byłby zakup wszystkich jego płyt.
Dlatego nie traćcie już więcej czasu i już teraz kupcie bilet na najbliższy seans. Albo od razu na kilka z rzędu, bo gwarantuję, że po pierwszym – podobnie jak ja – będziecie odczuwać duży niedosyt!
Mariusz Ogiegło



Widziałem EPiC w Gdyni w systemie IMAX, dream i na normalnym ekranie.
Potwierdzam jako zagorzały zwolennik Elvis’a od 1982 roku….
Wiele fragmentów widziałem wcześniej w necie, ale w niskiej jakości. Na dużym ekranie te sceny przy super nagłośnieniu robią ogromne wrażenie.
Pierwszy dreszcz emocji przeszedł mi kiedy Elvis wchodził na scenę, kapitalnie, że ktoś to nakręcił. Te kilka sekund przed show… a ta scena po koncercie, kiedy wchodzi do windy, zmordowany, uśmiechnięty, wyczerpany , bo oddał swoją energię publiczności. Widać zmęczenie na twarzy, po której spływa pot i zaraz potem można dostrzec smutek w jego oczach -a ja w tej samej chwili przeżywam rozpacz, bo wiem, że z kilka lat od tej chwili już nie będzie żył. I wydawałoby się, że film się skończył, pojawia się czarny ekran, ale kilka chwil i jeszcze widzimy uśmiechniętego Elvisa z jego mafią z Memphis…żyją, znak , że się kiedyś spotkamy u Pana, a on na nas czeka w lepszym świecie, gdyż Pan Bóg był zazdrosny i chciał też mieć trochę jego śpiewu dla siebie. Brawo Baz Luhrmann.
Lepiej pan to zrobił niż obraz ,,Elvis” w 2022. Dzięki!